Jak się wraca z Hiszpanii do Polski cz. II

Jak się wraca z Hiszpanii do Polski cz. II

Część II

Dotarliśmy do Ligurii i znowu postawiliśmy na dość ekspresowe zwiedzanie. Po Genui ruszyliśmy na Cinque Terre. Po drodze jechaliśmy przez słynne Portofino, który był tłem pięknej piosenki Osieckiej. Swoją drogą, to dojechać tam nie łatwo… zaparkować również, ale dało się zawrócić, więc po wjechaniu do miasteczka, zawróciliśmy i wyjechaliśmy. Jak kiedyś będziecie zrozumiecie dlaczego.

Mimo to warto było, a jeszcze czekał nas cały dzień w Cinque Terre (Pięć ziem). To absulotna klasyka na szlaku „zwiedzania w Europie”, co przełożyło się na mnóstwo amerykanów i Azjatów, którzy też postanowili wybrać akurat ten dzień. Mieliśmy wrażenie, że może być jeszcze gorzej, więc nie narzekaliśmy. Zaparkowaliśmy w Monterosso, choć można było zostawić samochód w Levante lub La Spezia i stamtąd podjechać pociągiem, które pełni role lokalnego metra. Większość trasy idzie w wykutych w skale tunelach i częstotliwość kursów jest całkiem spora. Z Montarosso chcieliśmy się przejść do kolejnej wioski, ale „zawróciła” nas cena wejścia do parku narodowego… która była dla nas przesadą, wiec pokornie wróciliśmy i po prostu wzięliśmy pociąg do Riomaggiore. Bilet kosztuje 4 Euro, ale innej opcji na szybkie zwiedzanie nie ma. Przejazd samochodem (20 min serpentynami parkowanie to abstrakcja. W Riomaggiore tłumy okazały się być mniejsze, ale niestety ta „terra” była o wiele mniejsza, co powodowało, że ciężko było zrobić jakiekolwiek zdjęcie bez tłumu pozujących turystów. Coż byliśmy jednymi z nich. Cinque Terre nie sposób odmówić uroku, klimatu i wyjątkowości, ale nie wiem co poradzić Wam, aby uniknąć tłumów. Przyjechać w środku zimy.. podobno nie jest lepiej. Z pewnością omijajcie tę destynację w wakacje… musi być naprawdę źle. Wróciliśmy do Monterosso na szybki lunch i pływanie w morzu.. dało radę, tzn. Paula dała radę. Zapłaciliśmy 12,50 Euro za 5 godz. postoju i pojechaliśmy dalej. Przed nami kolejne 270 km do Werony.

Paula znalazła kolejnego kempa na wzgórzu, tym razem z jeszcze piękniejszym widokiem. Nie mieliśmy siły na wieczorny/nocny spacer, więc zostało nam zjedzenie kolejnych „resztek” i delektowanie się rozświetlonej Werony. Rano szybko się zwinęliśmy, zgodnie przyznaliśmy kempingowi 5 gwiazdek, kawa z „krłasantem” i lecimy na obowiązkowy spacer odkryć jak tam było z tą Julią i Romeo. Werona zawsze kojarzyła mi się z byt turystycznie „przereklamowanym” miastem na tle Florencji, Sienny, Wenecji czy nawet Genui. I cóż? Miła niespodzianka. Fajny klimat, sporo zabytków, duża starówka. Nie tak wszechobecna Julia (jedynie na kilku ulicach) i widać, że Werona to dużo więcej niż miasto miłości. Wyjeżdżamy koło 13, bo czeka nas dzisiaj sporo kilometrów i wizyta u Marty i Bartka z Arco, których poznaliśmy pod skała w Gandii. W Arco siedzą praktykują jogę, i skaczą z okolicznych szczytów (base jump), głównie z Monte Brento. Pogoda była raczej niewspinaczkowa, więc po krótkim lunchu i pogawędce przy kawce i widokiem na Parete Zebrata, pojechaliśmy dalej. Wiemy już jednak, że do Arco trzeba będzie się wybrać. Widoki boskie i te wielowyciagi na ścianie Zebrata „śmierdzą” niezłą przygodą 😉 Do Austrii wbijamy się przez Bressanone i od razu spotyka nas mocna zlewa. Mamy jeszcze czas i chcąc oszczędzić zjeżdżamy na boczną drogę. Dzięki temu łapiemy trochę lokalnych widoczków Tyrolu i okolic Insbruku. Po niecałych 2 godzinach jesteśmy w Niemczech i śmigamy na Monachium. Tam niestety istny armagedon (początek długiego weekendu plus wypadki na obwodnicach) i zostaje nam przebijanie się przez centrum. Przy okazji przejeżdżamy obok Stadionu Olimpijskiego, który jest areną najfajniejszej edycji Pucharu Świata w bulderingu i na własnej skórze odczuwamy, że niemiecki styl jazdy w korkach nie ma nic wspólnego z hiszpańską uprzejmością i chill’em. Dzięki Jankowi trafiamy na kempa na franken, który już po zmroku daje nadzieje, na piękne widoki z rana, ale do świtu niemiecka gościnność (głośne sąsiedztwo) wystawia naszą cierpliwość na próbę. Ostatecznie jej nie przechodzimy i dochodzi do średnio miłej wymiany zdań, a ilość wypitych procenty po drugiej stronie nie pozwalają na osiągnięcie porozumienia. Rano, bardzo niewyspani idziemy szukać topo… Jest oczywiście w recepcji kempu do kupienia za 38 Euro, jednak perspektywa 4-5 godzin wspinu okraszanych tak promocyjną ceną przewodnika, nas nie urzekła, więc na kempie pełnym emerytów, zaczęliśmy szukać wspinaczy.. po spodniach. Klucz okazał się bardzo skuteczny i po usilnych ściągnięciu kilku zdjęć topo od Janka przez półtora godziny. Wspinacze akurat szukali podobnych wycen, więc pojechaliśmy za nimi. I to zaliczyliśmy zonga. Wybrali chyba najbardziej parchatą skałę w okolicy w środku lasu, więc pierwsze wstawki bardziej polegały na tym aby uwierzyć, że noga nie wyjedzie na tym mchu czy mokrym stopniu. Obicie jest bardzo „niejurajskie” z pierwszą wpinką w nagrodę za porządne rozgrzanie się. Plusy są takie, że na 20 metrów drogi wystarczą 4 ekspresy.  Po kilku godzinach wspinu odpuściliśmy przy akompaniamencie zbliżających się grzmotów i ruszyliśmy dalej. W tym miejscu musimy oddać wszystkim Wrocławianom, że zazdrościmy im, że mają raptem 5 godzin do franken. My zaliczyliśmy fakap, ale tam musi być mnóstwo świetnego wspinu. Przy pierwszej okazji zjechaliśmy na stację po polskiej stronie granicy aby kupić śledzie i polski chleb. Chyba tego najbardziej brakowało nam w hiszpie. To chyba były najsmaczniejsze śledzie w naszym życiu, zapominając na chwilę o całej chemii okraszającej „śledzika na raz”. Przed wieczorem totalnie wypruci podjechaliśmy pod dom Ewy i Bartka „120%” 😉. Było cudownie posiedzieć w ogrodzie i gadać do odcięcia, choć przy okazji odkryliśmy, że białe wina z Olivy nie przeżyły drogi w tym upale. Smutek. Następne 3 dni restowaliśmy wspinając się w Zerwie, na Eigerze i w lądeckich. Piękne miejsce na ziemi. Piękne drogi, choć nie wszystkie. Obicie zabójcze dla lin. Nie jest miejscówka, do której byśmy przyjechali z trójmiasta.

W poniedziałek mieliśmy już zderzenie z rzeczywistością, bo Bartek musiał być rano na spotkaniu w Warszawie, więc jeszcze trochę kilometrów ekstra musieliśmy zrobić. W Gdańsku byliśmy po przejechaniu 4290 kilometrów.. dużo, ale „pół Europy zobaczyliśmy, a parę wstawek też się udało zrobić.

© 2021 LaBaza