Blog

Pożegnanie z Jurą

Czas leci. Do wyjazdu równo tydzień. Ze względów służbowych (Bartek ma ostatnie spotkania) jesteśmy w trasie po Polsce. Lepszej okazji na pożegnanie z Jurą nie mogło być. Co prawda po chorobie i ostatnich zabieganych tygodniach forma nie ta, ale nie mogliśmy sobie odmówić wizyty w Podlesiach. To tu wszystko się zaczęło. Kiedy 4 lata temu dzięki Szumiemu (wpadliśmy po raz pierwszy do Rzędek, Podlesic i Mirowa) zaczął się nowy rozdział w naszym życiu.

Nagle gimastykowanie się w piwnicy słynnego  trójmiejskiego Tribloka, zyskało jakiś sens (w baldach nigdy nie błyszczeliśmy). Od tej chwili warto było całą zimę łoić, aby na wiosnę ruszyć w jurajskie ostańce i pochowane w lasach skały, aby szukać kolejnych chwytów, krawądek i mikrostopni. W pierwszym sezonie odkryliśmy Dolinę Wiercicy, Łutowiec, Aptekę czy Podzamcze. W tym samym roku odkryliśmy też biwakowanie na podlesickim kempie czy noclegi u p. Ireny lub Basi. W kolejnych latach do naszych odkryć doszły kolejne rejony, kolejne skały, klasyki i parchy, doszły obiady na kempie, śniadania w trafo a piwem pierwszego wyboru stało się Jurajskie. Byliśmy w Jurze we wszystkich miesiącach od marca do października. Zawsze z tym samym nieukrywanym optymizmem pokonywaliśmy 530 kilometrów z Gdańska do Podlesic. Na samej drodze pojawiały się kolejne otwierane odcinki autostrady i teraz spokojnie dojeżdżamy do Wolnej Republiki Podlesickiej w niecałe 5 godzin. Teraz przyszło nam się pożegnać z Jurą na całe pół roku. Wrócimy tu dopiero w maju i będzie to jeden z pierwszych weekendów po powrocie z Walencji. Teraz  mieliśmy tylko 1,5 dnia na wszystkie ulubione rytuały i zrobienie kilku dróg. Pierwszy dzień to ostry zacinający wiatr z deszczem. Wbiliśmy się po obiedzie w Barze Leśnym (Olsztyn) na proste drogi rozgrzewkowe, choć miejscami było mokro. Omijając zalane klamki, działaliśmy dopóki kolejna fala deszczu nie wygoniła nas do samochodu. Wieczorem pierogi w trafo, mecz Polska - Czarnogóra i rano ulubione crunchie zrobione przez samego Marcina. Z Kwaśnym pogadaliśmy o La Bazie i może dojadą do nas do Walencji. Na koniec kupiliśmy kilo prochu z beczki Trafo, które trzeba przemycić do Walencji. Po południu wiało, ale nie padało, więc łoiliśmy na Aptece. Udało się też zakończyć porachunki z przeszłości. Prozak życia (VI), w który się wstawiałem 4 lata temu i prawie tam nie przyglebiłem, teraz okazał się mniej wymagający. Obyło się bez większych emocji. Piękna droga i tak cudnie wyślizgana. Znowu nas wywiało i pojechaliśmy dalej. Zrobiliśmy jeszcze zapas Jurajskiego i rozkoszujemy się smakiem “Buraczanej Piany” pisząc te słowa. Procenty robią swoje, więc już kończymy:)