Blog

La Baza – skąd i dokąd?

Skąd się wzięła idea La Baza? Mógłbym wyciąć z głowy cytat, który akurat stworzyłem
na potrzeby formalnego i rzeczowego komunikatu dla poważnych i konkretnych odbiorców: „oferta
szkół wspinania w Polsce bogata jest w rozmaite kursy wspinaczkowe dla osób, które dopiero
rozpoczynają swoją przygodę ze wspinaniem albo dla tych, którzy chcą zwiększyć swoje umiejętności
sprzętowe, natomiast brakuje kompleksowych propozycji dla tych…

…którzy w pewnym sensie z molestowania skalnych połaci zrobili swoją małą pasjonującą religię. Dla tych, którzy stali się fanatycznymi degustatorami skały, a zagryzając ten twardy kruszec, przy okazji doprawili go domieszką przyjaźni, zapalczywości, pijaństwa, niewygody i brudu. Tfu, miało być „dla tych, którzy osiągnęli już pewien poziom wspinaczkowy i chcą polepszać swoje sportowe umiejętności”. Nie udało się na poważnie. No właśnie – gdyż środowisko wspinaczkowe nie jest do końca poważne, spięte i ułożone. I taka też nie jest La Baza. Czy chcemy być elastyczni, radośni, wspierający, tolerancyjni w naszej propozycji dla sceny wspinaczkowej, czy zaproponować miejsce w Hiszpanii, gdzie każdy poczuje się, jak na kempingu z ziomkami w Podlesicach? A może naszym celem jest stworzenie bazy wspinaczkowej, której unikatowość nie będzie polegała na przestrzeganiu żelaznych zasad regulaminu czy ogólnych warunków pobytu, tylko na taktownym i zdroworozsądkowym przestrzeganiu luźnych zasad koleżeństwa, dobrej zabawy i satysfakcjonującego wspinania? Myślę, że odpowiedź jest średnią arytmetyczną między wszystkimi powyższymi. No dobra, ale dosyć tego bełkotu – konkretnie, jednym zdaniem - La Baza ma być miejscem dla każdego, kto nie chce, nie potrafi lub nie ma czasu zorganizować wyjazdu wspinaczkowego do Hiszpanii, a chce się poczuć na nim jak na jednym z najlepszych wypadów w życiu. Wysoko mierzymy, brzmi górnolotnie? Zatem posłuchajcie. A właściwie przeczytajcie. W 2015 roku grupa ludzi z najwykwintniejszej bulderowni w mieście dosyć spontanicznie skrzyknęła się na wylot do Hiszpanii. Napisałbym „grupa znajomych”, ale część z nich widziała się pierwszy raz na oczy albo mignęli sobie mimochodem robiąc obwody lub prężąc się na drążku. Niektórych łączyła mniej lub bardziej zażyła przyjaźń, znowu innych jedynie odór wzajemnie wdychanego potu na sekcji wspinaczkowej. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że jedni oceniając samą aparycję „tych drugich” orzekali, że wyglądają jakoś poważnie, na mało wesołych, na nudziarzy, ważniaków i „po co on w ogóle z nami jedzie?”. Parę osób kupowało bilety lotnicze w ostatniej chwili, zapewne zastanawiając się jaka cholera pokusiła ich o wyjazd z ludźmi, z którymi nigdy nie wiązali się liną, a na temat których często wiedzą tyle, jaki kolor ma ich woreczek z magnezją albo jak głośno przeklinają podczas odpadnięcia na baldzie przed ostatnią “klamą”. Jedni zajęli się znalezieniem kwatery za granicą, inni wypożyczeniem auta, kolejni dostarczeniem piwa owiniętego w czapkę na lotnisko. Na razie działało. Na miejscu – nagle, ku zdumieniu wszystkich, niespodziewanie – okazało się, że Ci ludzie funkcjonują niczym paczka starych wyjadaczy, którzy ładują w skałach razem po raz setny. Wszyscy działali jak jeden organizm – gdy jedni jechali po ogólne zakupy, reszta zajmowała się przyrządzeniem śniadania dla wszystkich. Kiedy trzeba było ruszać w skały nie okazywało się, że jedna osoba szuka właśnie skarpety do pary jednocześnie szczotkując magnezją zęby z zaspania. Po wspinaniu zawsze znalazł się ktoś, kto garnął się do przyszykowania posiłku, a nie wymigiwał tekstem typu: „yyyy, ja to umiem tylko upiec herbatę albo obrać banana z łupinki”. W skałach nikt nikogo nie poganiał, jeśli trzeba było kogoś nauczyć przewiązywać się przez zjazdówkę, to się pomagało. Jeśli koleżance trzeba było podłożyć dłonie przy murku podczas podejścia, to ubierało się najszykowniejszy uśmiech, prężyło muskulaturę i ze ściśniętym w klatce piersiowej powietrzem działało. Zawsze był ktoś do asekuracji i nikt się nie obrażał, jak wspinało się nieparzyście, bo kumpela złapała akurat ochotę na słoneczną kąpiel lub intymną podróż wzrokowo-wrażeniową po krajobrazach na horyzoncie. Wieczorami kosztowało się lokalnego wina i nikt nie łypał spode łba, jeśli następnego ranka trzeba było wyjechać godzinę później, bo za bardzo się naje… ekhm, komary pogryzły w nocy/cykady za bardzo hałasowały/smród butów nie dawał zasnąć. Gry planszowe po kulinarnych eksperymentach, muzyczne degustacje Muddy`ego Watersa, wspólne rozciąganie na patio i lody podczas dni restowych. Wszystko działało – bez napinki, rozkazów, kłótni i przymusów. Wyjazd życia albo jeden z najlepszych wyjazdów życia. Wyjeżdżaliśmy jako w gruncie rzeczy anonimowi ludzie, a wróciliśmy jako zgraja uwielbiających się wzajemnie wariatów, którzy po tygodniu znajomości czuli się, jak by znali się od dwudziestu lat. Materiał filmowy z wyjazdu istnieje do dzisiaj, tak jak i większość przyjaźni i wspomnień z tego wypadu. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to powinien. A jeśli już przeżył, to powinien ponownie. Chcemy byście znaleźli to w La Baza, a my dodatkowo ułatwimy to zadanie – ogarniemy transport, spanie i szpej, Wam pozostanie jedynie dobrze się bawić, wspinać się z satysfakcją, przyjaźnić jeszcze mocniej i wrócić do nas ponownie.