Blog

Jak się wraca z Hiszpanii do Polski cz. II

Dotarliśmy do Ligurii i po raz kolejny postawiliśmy na dość ekspresowe zwiedzanie. Po Genui ruszyliśmy na Cinque Terre. Po drodze jechaliśmy przez słynne Portofino, które było tłem pięknej piosenki Freda Buscaglione’a w wykonaniu Andrei Bocielliego i m.in. Sławy Przybylskiej, Magdy Umer czy Katarzyny Groniec. Swoją drogą, to dojechać tam nie jest łatwo… zaparkować również, ale dało się zawrócić, więc po wjechaniu do miasteczka, zawróciliśmy i wyjechaliśmy. Jak kiedyś będziecie, zrozumiecie dlaczego:)

Mimo to było warto, a czekało nas jeszcze tego dnia zwiedzanie Cinque Terre (Pięć ziem). To absolutna klasyka na szlaku „zwiedzania w Europie”, co przełożyło się na mnóstwo Amerykanów i Azjatów, którzy też postanowili wybrać akurat ten dzień na zwiedzanie. Mieliśmy wrażenie, że może być jeszcze gorzej, więc nie narzekaliśmy. Zaparkowaliśmy w Monterosso, choć można było zostawić samochód w Levante lub La Spezia i stamtąd dojechać pociągiem, który pełni rolę lokalnego metra. Większość trasy idzie w wykutych w skale tunelach i częstotliwość kursów jest całkiem spora. Z Montarosso chcieliśmy się przejść do kolejnej wioski, ale „zawróciła” nas cena wejścia do parku narodowego, która była dla nas przesadą, więc pokornie wróciliśmy i po prostu wzięliśmy pociąg do Riomaggiore. Bilet kosztuje 4 euro, ale innej opcji na szybkie zwiedzanie nie ma. Przejazd samochodem (20 min serpentynami, a parkowanie to abstrakcja). W Riomaggiore tłumy okazały się być mniejsze, ale niestety ta „terra” była o wiele mniejsza, co powodowało, że ciężko było zrobić jakiekolwiek zdjęcie bez tłumu pozujących turystów. Cóż, byliśmy jednymi z nich. Cinque Terre nie sposób odmówić uroku, klimatu i wyjątkowości, ale nie wiem co poradzić Wam, aby uniknąć tłumów. Przyjechać w środku zimy...podobno nie jest lepiej. Z pewnością omijajcie tę destynację w wakacje - musi być naprawdę źle. Wróciliśmy do Monterosso na szybki lunch i pływanie w morzu, dało radę, tzn. Paula dała radę. Zapłaciliśmy 12,50 Euro za 5 godz. postoju i pojechaliśmy dalej. Przed nami kolejne 270 km do Werony. Paula znalazła kolejnego kempa na wzgórzu Castel San Pietro, tym razem z jeszcze piękniejszym widokiem. Nie mieliśmy siły na wieczorny/nocny spacer, więc zostało nam zjedzenie kolejnych „resztek”, by potem w spokoju delektować się widokami wieczornej Werony. Rano szybko się zwinęliśmy, wypiliśmy po kawce z “krłasantem”, na odchodne zgodnie przyznaliśmy kempingowi 5 gwiazdek i wyruszyliśmy na obowiązkowy spacer, by odkryć, jak  to było z tą znaną szekspirowską parą. Werona zawsze kojarzyła mi się zbyt turystycznie. Była dla mnie „przereklamowanym” miastem na tle Florencji, Sienny, Wenecji czy nawet Genui. I cóż? Miła niespodzianka. Fajny klimat, sporo zabytków, duża starówka. Nie tak wszechobecna Julia (jedynie na kilku ulicach) i widać, że Werona to dużo więcej niż miasto miłości. Wyjeżdżamy koło 13, bo czeka nas dzisiaj sporo kilometrów i wizyta u Marty i Bartka z Arco, których poznaliśmy pod skałą w Gandii. Mieszkają w Arco, praktykują jogę i skaczą z okolicznych szczytów (base jump), głównie z Monte Brento. Pogoda była raczej niewspinaczkowa, więc po krótkim lunchu i pogawędce przy kawce z widokiem na Bar Parete Zebrata, pojechaliśmy dalej. Wiemy już jednak, że do Arco trzeba będzie się wybrać. Widoki boskie i te wielowyciągi na ścianie Zebrata „śmierdzą” niezłą przygodą Do Austrii wbijamy przez Bressanone i od razu spotyka nas mocna zlewa. Mamy jeszcze sporo czasu, dlatego zjeżdżamy na boczną drogę. Dzięki temu łapiemy trochę lokalnych widoczków Tyrolu i okolic Insbrucku. Po niecałych 2 godzinach jesteśmy w Niemczech i śmigamy na Monachium. Tam niestety istny armagedon (początek długiego weekendu plus wypadki na obwodnicach), zostaje nam przebijanie się przez centrum. Przy okazji przejeżdżamy obok Stadionu Olimpijskiego, który jest areną najfajniejszej edycji Pucharu Świata w bulderingu i na własnej skórze odczuwamy, że niemiecki styl jazdy w korkach nie ma nic wspólnego z hiszpańską uprzejmością i chill’em. Dzięki namiarom od Janka trafiamy na kempa na Franken. Rano, bardzo niewyspani idziemy szukać topo. Jest oczywiście do kupienie w recepcji  za 38 euro, jednak perspektywa 4-5 godzin wspinania okraszonych tak promocyjną ceną przewodnika nie przekonuje. Wśród ogromu niemieckich emerytów, zaczęliśmy szukać wspinaczy...po spodniach. Klucz okazał się bardzo skuteczny i po kilku minutach znaleźliśmy grupę łojantów, którzy szukali akurat podobnych wycen. Pojechaliśmy na wspin razem. I tak zaliczyliśmy zonka. Wybrali chyba najbardziej parchatą skałę w okolicy w środku lasu, więc pierwsze wstawki bardziej polegały na tym, aby uwierzyć, że noga nie wyjedzie na tym mchu czy mokrym stopniu. Obicie jest bardzo „niejurajskie”, pierwsza wpinka była nagrodą za porządne rozgrzanie się. Plusy są takie, że na 20 metrów drogi wystarczą 4 ekspresy.  Po kilku godzinach wspinu odpuściliśmy przy akompaniamencie zbliżających się grzmotów i ruszyliśmy dalej. W tym miejscu musimy się przyznać, że zazdrościmy wszystkim Wrocławianom jedynie 5-godzinnej drogi na Franken . My zaliczyliśmy fakap, ale tam musi być mnóstwo świetnego wspinu. Przy pierwszej okazji zjechaliśmy na stację po polskiej stronie granicy, żeby kupić śledzie i chleb. Tego najbardziej brakowało nam w Hiszpie. To były chyba najsmaczniejsze śledzie w naszym życiu, zapominając na chwilę o całej chemii okraszającej „śledzika na raz”. Przed wieczorem, totalnie wypruci, podjechaliśmy pod dom Ewy i Bartka „120%” . Było cudownie posiedzieć w ogrodzie i gadać do odcięcia, choć przy okazji odkryliśmy, że białe wina z Olivy nie przeżyły drogi w tym upale. Smutek. Następne 3 dni restowaliśmy, wspinając się na Zerwie, Eigerze i skałach lądeckich. Zgodnie uznaliśmy, że Lądek to naprawdę piękne miejsce na ziemi. Ciekawe drogi, choć oczywiście nie wszystkie. Obicie zabójcze dla lin. Nie jest to miejscówka, do której byśmy przyjechali z Trójmiasta. W poniedziałek mieliśmy już pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Bartek musiał być rano na spotkaniu w Warszawie, więc zrobiliśmy  jeszcze trochę kilometrów ekstra. W Gdańsku byliśmy po przejechaniu 4290 kilometrów...dużo, ale „pół Europy zobaczyliśmy, a parę wstawek też udało się zrobić”.