Blog

Jak się wraca (powoli) z Hiszpanii do Polski?

Już w Polsce. Niestety daleko od skał, bo w Gdańsku. Zanim jednak dojechaliśmy do domu, pozwoliliśmy sobie na krótkie wakacje od prowadzenia La Bazy i wybraliśmy się „po drodze” w objazd miejscówek, które chcieliśmy zobaczyć –  czasem po raz pierwszy, czasem po raz kolejny. I tak wyszła nam 2 tygodniowa podróż po Europie. Zjeżdżaliśmy z „trasy” do Polski dość często, więc zamiast około 2800 kilometrów wyszło nam prawie 4300.

Poniżej znajdziecie trochę informacji stricte turystycznych, ale też pod kątem tripów wspinaczkowych.

Część I Zaczęliśmy więc od wyjazdu z Olivy, a przede wszystkim od pakowania. Na szczęście parę rzeczy mogliśmy zostawić na przyszły sezon, ale i tak nasze kombi nie dało się lekko zapakować wszystkimi torbami i workami (sic!) z pościelą, przez co przy każdym przystanku był to  niezmiernie ważki dylemat. Wypakowywać całość, część, czy po prostu to olać i iść spać w namiocie (pożyczonym od Adama – dzięki:) w wersji minimalistycznej. No i do tego nie za bardzo mogliśmy zostawić samochód gdzieś w dużych miastach na niestrzeżonych parkingach. 2 razy wymiękliśmy i spaliśmy w hostelach/hotelach typu Formula1 (chyba francuski wynalazek, specyficzny, z łazienkami na korytarzach) i raz w normalnym hotelu. Pierwszym przystankiem był Margalef, który na mnie znowu zrobił wrażenie i też bardzo spodobał się Pauli. To wyjątkowe miejsce i jeśli szukacie ciekawej i łatwej do ogarnięcia miejscówki na tripa, to wiadomo. Na miejscu spotkaliśmy Adama (to nie była niespodzianka), Alexa Megosa i Chrisa Sharmę. Fajnie zobaczyć, że to w sumie normalne i skromne osoby, choć potwierdziło się moje przypuszczenie, że na 9b+, to jednak jestem za wysoki A poważnie, to właśnie jak my próbowaliśmy naszych ekstremów, Alex i Chris cisnęli na Perfecto Mundo (9b+) i Alexowi parę dni temu pykło. Margalef jest maleńkim miasteczkiem z 3 ulicami, z reguły pod górkę i bardzo spokojnym katalońskim klimatem, zaprawionym sporą szczyptą wspinaczkowego charakteru. Na uliczkach spotkacie przede wszystkim Francuzów i Hiszpanów w puchówkach, wytartych spodniach i podejściówkach. Rzadziej lokalnych seniorów, którzy chętnie się uśmiechają do zarośniętych i często przyprószonych gości z całego świata. Wszyscy spotykają się w barze na rynku, sklepie spożywczym lub w kolejnym barze na kempie przy moście. Poza tym można tu iść tylko na wspin lub trekking w góry, ewentualnie jak nieźle włada się katalońskim przy wysokim poziomie znajomości trosk lokalesów czeka jeszcze kilka ławek w słońcu przy rzece. A więc jak z tym wspinem? No pięknie. Jest już nowy przewodnik do kupienia niemal wszędzie, czyli w 3 wyżej wymienionych miejscach. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, ale powiedzmy szczerze, że dobrze spokojnie poruszać się po „6”, aby w pełni cieszyć się Margalefem. Czwórki i piątki to mocne połogi, które są łatwe, ale czy dają frajdę.. na Costa jest mnóstwo lepszego wspinania w tych wycenach. Od szóstek jest już fajnie i między innymi na Ca La Marta, czy na górnych sektorach Espodelles, czy na Finestrze jest świetnie. Trzeba mieć tylko mocne paluchy, bo dziurki w zlepieńcu praktycznie nie oferują więcej miejsca niż na 2-3 palce nawet na szóstkach. Po kilku dniach rozwspinu można się przyzwyczaić. Nam się nie udało, bo mieliśmy tylko 2,5 dnia, a do tego zatrucie pokarmowe zmogło mnie do poziomu spacerów wokół kempingu i kilku wstawek jednego popołudnia, ale i tak było warto.. Mieszkaliśmy na kempingu przy tamie, za który wychodziło po 5 euro za dobę z namiotem dla 2 osób. Tanio, ale prysznice były dostępne odpłatnie na drugim kempie w miasteczku 4 kilometry samochodem. Na miejscu tylko toalety, grille i umywalki z zimną wodą. Nie ma tam więc luksusów, ale za to mamy klimatyczne miejsce przy zbiorniku, tamie i górskiej rzece. Wokół dziesiątki skał w finezyjnych kształtach i „dość upierdliwy” szum wody sztucznego wodospadu na tamie. Nie zawsze „działa”, ale wtedy lepiej nie spać pod namiotem albo mieć zatyczki do uszu. Nam ciężko się spało, więc na 2 noce wróciliśmy spać do samochodu. I tak polecamy, bo warto. Z Margalefu ruszyliśmy zwiedzać Barcelonę. Zahaczyliśmy jeszcze o pobliską Siuranę (45 minut samochodem po serpentynach). Fajne, piękne skały, ale już bez tego klimatu jak w Margalefie. Barcelonę zobaczyliśmy w jeden dzień. Była klasyka: Barceloneta, kolejka linowa nad portem, Park Guell, Sagrada Famila, katedra i La Rambla.  Byliśmy padnięci po „szumnie” nieprzespanych nocach w Margalefie, a jeszcze tego dnia mieliśmy przejechać do Francji. Dotarliśmy po zmroku do Avinion. Zawsze chciałem zobaczyć to legendarne i malownicze miasto, ale jakoś nigdy nie było po drodze. Teraz mieliśmy cały dzień na zabytki Avinion. Zaczęliśmy od Pałacu Papieskiego (który bardziej przypomina średniowieczną fortecę), potem most i spacer po starówce. Największa frajdą było zwiedzanie pałacu papieskiego z „audiotabletem”. Świetnie wykorzystana wirtualna rzeczywistość, przez co chodzenie po starych pustych salach i komnatach było niezłą zabawą i źródłem wiedzy o tym co i jak. Nagle 14,50 euro za wejście nie było już tak wysoką ceną. W tej kwocie mieliśmy jeszcze wejście na najsłynniejszy most na świecie, o którym od stuleci powstawały pieśni, wiersze i utwory.. na przykład ten. Jego historia jest dość niesamowita i nie do końca poznana, do tego łączy się z żywotem św. Benedykta i legendą, która jest dość oryginalna. Do dzisiaj zachowały się 4 przęsła mostu, który 800 lat temu był cudem techniki i stanowił o potędze i wyjątkowości Avinion. Reszta starówki okazała idealnym odzwierciedleniem wyobrażeń o prowansalskim mieście. Ciasne, klimatyczne uliczki pełne ciekawych sklepów i kawiarenek. Z Avinion kierowaliśmy się bocznymi drogami do Brignoles, gdzie mieliśmy kolejny hostel. Stamtąd rano wybraliśmy się na wspin do poleconego nam przez Mirka Chateauvert. Dysponując starym przewodnikiem Rockfaxa, trochę zdziwiliśmy się, gdy zamiast parkingu pod sektorami, musieliśmy przejść się godzinę z nowego wyznaczonego miejsca dla zmotoryzowanych. To efekt ochrony tej doliny, która w skali Prowansji jest dość wyjątkowa. Przez parę kilometrów wąskim wąwozem płynie rzeka, otoczona bujną roślinnością i skalnymi ścianami do 50 metrów. Bajkowe miejsce. Same wspiny okazały się doskonałe. Mimo, że w porównaniu do Hiszpanii wyceny są harde. Niezła przewieszka bez ewidentnych klam za 6a.. ale po rozwspinaniu i zapoznaniu się ze skałą, ciężko było przestać się wstawiać w kolejne drogi. Skończyło się u mnie na 7 wstawkach, bo żadna z dróg nie była parchem, a zawsze oferowała świetne ruchy, choć wycenę można  w niektórych przypadkach skorygować, ale po przejściu przez ticklistę na 8a, widać, że niektóre drogi (długie) niekoniecznie są już takie harde. Chateauvert zapisał się w naszej pamięci tylko pozytywnie, więc chętnie tam wrócimy. Tym bardziej, że dzięki poleceniu pary Polaków z Krakowa, w okolicznym Correns trafiliśmy na super kemp, a na progu doliny jest świetna pizzeria na świeżym powietrzu. Kolejny przystanek zaplanowaliśmy w Cannes. Właśnie zaczynał się festiwal, więc została nam kawa (najdroższa w czasie tej podróży) przy plaży, przejazd promenadą i jazda do Genui. Liguria jest piękna, ale nie pamiętałem, że aż tak górzysta. Opcją była jedynie jazda autostradą, która składa się jedynie z tuneli i wiaduktów, z których rozpościerały się boskie widoki na morze i góry. Po dotarciu do Genui, idziemy na zwiedzanie starówki. To nie lazurowe wybrzeże, więc w ciemnych uliczkach widać sporo śmieci, podejrzanych typów, ale całość ujmuje. Genua nie stara się przypodobać. Ma swój wyjątkowy klimat, tak jakby stworzona na przekór temu, co od niej oczekiwano. Bieda miesza się z bogactwem, antyk z nowoczesnością. Brzydota z pięknem. To nie Avinion. Porównanie Genui do jakiekolwiek innego miasta było obrazą dla stolicy Ligurii. Ruszamy dalej na wschód wzdłuż wybrzeża. Zaczynamy tęsknić za spokojnym ruchem drogowym z Francji. Przejazd przez dzielnice mieszkalne Genui to mordęga. „Atakujące” z każdej strony skutery sprawiają, że na kempa Genova Est dojeżdżamy wykończeni. Tym razem śpimy na wzgórzu nad Bogliasco, małym liguryjskim miasteczkiem. Zejście do miasta oznacza 300 metrów schodami w dół, a powrót po zmroku wykańcza nas doszczętnie. Co gorsza przegapiliśmy godzinę zamknięcia sklepów, ale zachód słońca w widokiem na morze trochę nas pochłonął. Na kempie czyścimy zapasy z Hiszpanii i idziemy spać. Rano ruszamy na Cinque Terre..