Blog

Bunol, czyli radość wspinania bez topo

Bunol jest głównie znane z słynnego festiwalu Tomatiny (więcej o tym tutaj) i nie jest tak urokliwe jak Chiulilla. Jest również przyklejone do ściany wąwozu ze starym zamkiem, ale to co przyciąga tutaj turystów (poza bitwą na pomidory) i wspinaczy kryje się w samym wąwozie. Pojechaliśmy tam bez szczegółowego topo (o tym później), lekko zmęczeni kolejnym upalnym dniem. Po drodze, po raz kolejny, nieoceniony Rafał znalazł jakieś zdjęcia i skany topo w sieci wraz z współrzędnymi parkingu, więc dojechaliśmy pod tabliczkę „zona de escalar”.

Jeszcze do końca nie wiedzieliśmy co nas czeka, ale widoki z góry na miasteczko i pobliskie wzgórza robiły wrażenie. Górską drogą doszliśmy do krańca klifu, gdzie w końcu zobaczyliśmy pierwsze spity.. i piękny wiadukt kolejowy wpadający od razu do tunelu. Wtedy jasne było, że mamy do czynienia z ogromnym wąwozem, gdzie niemal całe połacie ścian były idealną płaszczyzną do łojenia. Trudnego łojenia. Po jakiś 10 minutach gapienia się na topo ściągnięte na telefon i kolejne pomarańczowo-szare ściany odnaleźliśmy się. Pomogła nam w tym charakterystyczna jama z prawie poziomym dachem, gdzie, a jakże wytyczono parę 8b i 8c+. Chłód jaskini nie przekonał nas i odpuściliśmy ósemki. Zaraz obok Rafał znalazł 4 i 5 po totalnym połogu. Przy odrobinie szczęścia można byłoby tam wjechać motocyklem. Zrzuciliśmy plecaki. Na szczęście po drugiej stronie płyty były intrygujące 6b, 6c i 7a. Moja kostka i ogólne zakwasy zrobiły ze mnie tego dnia idealnego asekuranta i tylko asekuranta. 6B okazało się piękną, acz wymagająco rysą, której próżno by szukać w polskiej Jurze. Przyspieszony kurs rysowy i Rafał już wbija się w czujne płytowe 6C. Czujnie, oj czujnie, mocna napinka i jest łańcuch. Nasza ocena „w Polsce co najmniej VI.3". Rafał leci na 7b. Patentowanie nie pomaga. Harde te wyceny. Pocieszamy się, że to zupełnie inne wspinanie niż na Jurze i chwilę zajmie nam przestawienie się. Przed zachodem słońca w kanionie zrobiło się w końcu znośnie, nawet chłodno. 15 minutowy spacer i odkrywamy kolejne sektory. Ilość dróg – ogromna. Wracamy następnego dnia. Tym razem bierzemy się za część La Jarra (słoik). Znowu nie mamy topo, ale z informacji w sieci, wiemy, że są tam głównie szóstki i… źródła. Parkujemy na skraju Bunol, gdzie zaczyna się szlak do wąwozu. Od razu wchodzimy w inny świat. Rzeka oraz niższa temperatura sprawiają, że roślinność wręcz eksploduje. Pod koniec października mamy więc mnóstwo kwiatów na drzewach i krzewach. Białe głazy i skały kontrastują z zielenią i szmaragdową przejrzystą wodą. Przedzieramy się przez trzciny i zaczynamy odczuwać super przyjemność z tego mini trekkingu. Po chwili wchodzimy na zbocze wąwozu. Jednak nie tędy droga do sektorów. Wracamy i idziemy wyschniętym dnem rzeki. Pięknym wąskim kanionem, gdzie odkrywamy kilkunaście obitych ścian w całkiem spokojnej wycenie. Bez topo, na czuja bierzemy się z za „6a-6b”. Dzisiaj relaksacyjnie. I dokładnie tak jest. Sprawdzamy w sumie 7 dróg i kilka z nich byłoby klasykami w swojej wycenie… gdzieś w Polsce. Tu są po prostu fajnymi drogami jakich tu mnóstwo. Jak wracamy do samochodu czeka na nas istna petarda. Przez otwarte okno coś słyszymy jakby przez megafon, po czym Rafał wyłuskał z tego „competition escalada” czy jakoś tak, no i jednak wjeżdżamy w labirynt uliczek Bunol i po głosie z głośników trafiamy na boisko. Zostajemy w Bunol na kolejne półtora godziny. Kto by przepuścił obejrzenie finałów Pucharu Regionu Walencji w boulderingu na lokalnym boisku szkolnym. Wszystko fajnie zorganizowane. Było nawet trochę „nie wspinaczkowej” publiki i fajna atmosfera. Dziewczyny głównie kolekcjonowały bonusy, ale wśród facetów, było na co popatrzeć. Mocne chłopaki. Szacun. Baldy niespecjalnie urokliwe, ale routseterzy nie mieli łatwo. Przenośna ściana w kształcie kielcha i do tego dość niska. Finały dziewczyn udało się rozegrać jednocześnie z finałami chłopaków. Z jednej strony wstawki, z drugiej strony drabina i wkrętarki. Wygonił nas wieczorny chłód i głód. Kolejne fajne doświadczenie. 3 dzień w Bunol. Nie ma innej opcji. Wracamy do szerokiej części kanionu. Rafał nie odpuszcza 7b, które w końcu udaje mu się zapatentować, ale sprawdzamy również długie klasyki 6a+ i 6b+ polecane przez lokalesów. Nasz hiszpański nadal jest dopiero w fazie przepotwarzania, dlatego w ruch idzie niemiecki i migowy. Cóż nawet Pablo, nasz lokalny przyjaciel, którego wzięliśmy tego dnia na pierwszy wspin w jego życiu, nie do końca rozumie dialektu lokalnych ziomków. Taki urok hiszpańskiego lub „walencjańskiego”. Wracając do klasyków. Fajne drogi, tak inne niż jurajskie. Świetne tarcie i sporo rys. Ciągle coś nowego. Każda droga daje nam mnóstwo radości i uczy. Mamy wrażenie, że te przechwyty i ruchy kiedyś zaprocentują, bo często nie wierzyliśmy, że można wyjść z czegoś tak małego lub po prostu w ten sposób pokonać cruxa. Pokornie napieramy, pokornie.