Blog

120% normy

Życie w La Baza zaczyna być coraz ciekawsze. Kolejni goście przyjeżdżają, inni wyjeżdżają. Najgorsze są pożegnania. W ciągu tygodnia wspólnego życia, wspinania, zwiedzania, robienia zakupów, picia kawy (i wina), pokonywania swoich słabości i wspierania się w skałach, można się porządnie zżyć. Niestety później trzeba się pożegnać. Wyjątkowo trudno było odwozić na lotnisko Ewę i Bartka. Już wiemy, że jak nie dadzą rady wrócić do La Bazy do maja, odwiedzimy ich we Wrocławiu… jadąc prosto z Hiszpanii.

Ale to nie będzie historia o tym jak się zaprzyjaźniliśmy, a raczej o tym, jak można wycisnąć z tygodniowego pobytu w La Baza 120%.

7 dni to naprawdę nie wiele na wspin przeplatany zwiedzaniem lokalnych atrakcji, odkrywaniem lokalnych specjałów i delektowaniem się hiszpańskim słońcem. Jak więc wycisnąć z La Baza „maksa”? Prezentujemy 7 dni Ewy i Bartka. Sobota, 15:50 – przylot do Castellon z Poznania. Zaledwie 3 godziny lotu z Poznania i już mogli cieszyć się słońcem i ciepłem Costa Blanca. Miałem przyjemność odebrać ich z lotniska, więc mogliśmy sobie pogadać po drodze. Koło 18:30 jesteśmy już na szybkich zakupach w Olivie, bo w niedzielę sklepy są zamknięte. 20:30 jedziemy na spacer do Denii. Wieczorny spacer po marinie, plaży, starówce i deptaku jest idealnym dopełnieniem długiego dnia. Nikt nie narzeka. Jeszcze kawa w naszym ulubionym barze i wracamy do domu. Niedziela – pierwszy dzień wspinu w Gandii na „Mandarynkach”. Jedziemy rano, bo w weekend może być dość tłoczno. Zaczynamy od prostych 4 i 5, tak aby Ewa poczuła się pewniej w skałach (pierwsze kroki) a Bartek się rozwspinał. Idą jak burza. Pada w sumie 16 dróg. Krótkie, długie w przewieszeniu i połogi. Ilość pięknych dróg oraz słoneczna wystawa sprawia, że w Marxquerze bawimy do zmroku. Potem kolacja i wieczorne robienie planów na dzień kolejny. Pada na Montesę. Poniedziałek – Wyjeżdżamy rano, bo mamy koło 45 minut jazdy. Montesa od razu oczarowuje Ewę i Bartka. Typowe hiszpańskie miasteczko na wzgórzu a pod nią ruiny zamku Templariuszy. Jeszcze na głównej ulicy kawa w lokalnym barze. Chyba najmocniejsza jaką dotąd piliśmy w Hiszpanii. Podjeżdżamy na sam szczyt, parkujemy pod ruinami. Po 5 minutach jesteśmy pod pierwszymi ścianami. Montesa to jeden z tych rejonów, który oferuje bajkowe wspiny od 4 do 6c. Potem już jest mniej bajkowo. Jest tu absolutnie wszystko. Łatwe przewiechy, skradanie się po fajnych krawądkach, trikowe starty czy dobre chwyty po pionach. Po prostu wszystko, co może wymarzyć sobie początkujący i średnio zaawansowany wspinacz. Do tego piękne widoki na dolinę, zamek i miasteczko. Rejon wyjątkowo fotogeniczny. Walczymy tam do wieczora. Nawet z Paulą robimy tam parę dróg, ale bohaterką dnia jest Ewa, która robi swoje pierwsze drogi z dołem. Mistrzostwo. Bartek dokłada kolejne 9 dróg, czyli ponad 120 metrów w skale jednego dnia.. nieźle. Wieczorem jeszcze idą pozwiedzać Olivę. Wtorek – jeśli ostry trekking to rest, to mieliśmy resta. Jedziemy na Montgo, masywną górę, w której cieniu wybudowano Denię. Jest tam park narodowy, a sama góra ma 751 metrów od podstawy, czyli od poziomu morza. Piękne widoki. Po szybkim ogarnięciu gdzie startują szlaki, ruszamy do góry. Po zacienionej stronie panuje mikroklimat i mimo upalnego słońca gdzieś w oddali, jest nam dość rześko. Podchodząc widzimy coraz to „dziwniejsze” rośliny, które ciężko spotkać na południu Hiszpanii. Tu mają idealne warunki. Podejście od tej strony robi się powoli strome, a nad naszymi głowami górują ogromne białe urwiska i za cholerę nie możemy rozwikłać zagadki, którędy ma iść szlak na sam szczyt. Idziemy dalej i trafiamy do pierwszej jaskini, do której dokładnie 2400 lat temu (sic!) trafili żołnierze rzymskich legionów, co upamiętnili inskrypcją, którą można na miejscu zobaczyć. Robi duże wrażenie. Idziemy dalej powoli nabierając wysokości, gdzie ścieżka przechodzi z dość stromy szlak z lekką lufą i wije się między urwiskami, po czym wchodzimy na grzbiet Montgo. Ja odpuszczam dalszą wycieczkę i schodzę na dół. Ewa i Bartek cisną dalej dochodząc pod krzyż na grzbiecie. Ten na Giewoncie zdecydowanie lepiej i donioślej wygląda. Schodzą łagodniejszym zejściem drugą stroną góry, gdzie spotykamy się na parkingu. Czy to koniec dnia? Absolutnie, jeszcze spacer po Denii, kawa i lody. Dopiero teraz możemy wracać do La Baza. Środa – rano jedziemy do Font d’axia – w porównaniu do Gandii i Montesy dość małego sektora położonego w górach na wysokości Denii. 10 minut podejścia i trafiamy pod ścianę, która wydaje się idealna dla nas. Od 4 do 6a mamy po kilkanaście pięknych linii. Ewa i Bartek cisną kolejne piękne fajne linie od 4 do 5+. Ewa robi kolejne drogi z dołem Nawet mi udaje się skończyć projekt, który wisiał mi od jakiegoś czasu. Dobrze jest. O 16 teoretycznie powinniśmy się zbierać, ale Bartek ciągle się wstawia i wstawia. Każda kolejna dróżka ma być tą ostatnią tego dnia, ale słońce jakoś wolno zachodzi i padają jeszcze 3 piękne długie drogi. Kolejne 9 dróg na jego koncie. Schodzimy do samochodu lekko obolali, ale przeszczęśliwi. Trochę tak jest z tym sektorem. Mały, ale jednak w tych trudnościach, fenomenalny. Wieczorem znowu wspólne gotowanie, wino i dyskusje „po świt”. Czwartek – to wyjazd do Walencji. My musieliśmy odebrać z lotniska Krzyśka, Ewa i Bartek zwiedzają najpierw słynne, jedno z najlepszych w Europie, oceanarium, a potem na piechotę zwiedzają starówkę i futurystyczną dzielnicę Ciudad de Scienca e Cultura. Nie wiem, jak jeszcze znaleźli czas, aby skoczyć na paellę, oczywiście wegetariańską. Po 18 wsiadają do pociągu do Gandii, skąd odbieram ich z dworca. Jeszcze krótkie zakupy i wszyscy dzielą się emocjami z tego dnia przy kolacji i winie, oczywiście. Piątek - to kolejny dzień zwiedzania i wspinania. Najpierw wizyta na Penon d’Ifach. My z Krzyśkiem wspinamy się południową ścianą (więcej o tym), a Paula, Ewa i Bartek wspinają się szlakiem i podziwiają nieziemskie widoki. Więcej o Penon przeczytacie tutaj. Po zejściu wizyta na plaży. Ewa poszła się kąpać, bo nie mogła sobie odmówić. Woda była ponoć cieplejsza niż w lecie w Bałtyku, ale to inny temat. Potem wybrali się w trójkę na cholernie urokliwy sektor Olta, skąd są wspaniałe widoki na Penon, Calp i morze. Jeśli kiedyś widzieliście okładkę przewodnika po Costa Blanca Rockfaxa i zastanawialiście się, czy zdjęcie na okładce jest fotomontażem, to nie jest. Było wykonane właśnie w sektorze Olta, na drodze Tai-Chi, w którą też Bartek chciał się wbić. Niestety przez okładkę Rockfaxa jest bardzo oblegana.. Spotykamy się późnym popołudniem w centrum Calp i wracamy do domu. Wieczorem mamy ostatnią kolację i choć byliśmy umówienie z innymi znajomymi na tapasy, szybko z nich wracamy i znowu siedzimy z Bartkiem i Ewą „do świtu”. Sobota – ciężko było wstać, ale nasi goście wstali przed świtem, wzięli samochód i pojechali na plażę oglądać z bliska wschód słońca. Po czym wrócili na śniadanie, przynosząc świeże bagietki, fantastyczne zdjęcia i setki muszelek, które do dzisiaj przypominają nam o nich. Na lotnisko musieliśmy wyjeżdżać o 13, więc zebraliśmy się żwawo i uderzyliśmy jeszcze na Marxquerę, gdzie 6 dni wcześniej zaczynali przygodę z hiszpańskimi skałami. Zdążyli zrobić parę wstawek, a potem już zostały tylko wspólne wspomnienia z każdej fantastycznej chwili, planowanie kolejnego spotkania i długie pożegnania. Dziękujemy Wam bardzo, że przyjechaliście. Dla takich chwil warto było otwierać La Baza.